W końcu przyszła ta chwila aby przetestować w bojach nową wersję Suzuki V-Strom 650, produkowaną od roku 2017. Długo się na to zbierałem ale ostatecznie udało się! Jako dotychczasowy, zagorzały pasjonat (aby nie powiedzieć fanatyk) i użytkownik modelu "V-Strom" ta chwila w końcu musiała nastąpić, tym bardziej, że w głowie zaczęła mi kiełkować myśl o być może zamianie dotychczasowego środka transportu na nową wersję. Jazda próbna miała być ostatecznym potwierdzeniem tego i taką "kropką nad i", czy tak też się stanie. Czy się udało? Po przejechaniu łącznie prawie 100.000 km modelami K4 i AL2 i wykonaniu poniższego testu nowym modelem, postaram się na to pytanie możliwie jak najbardziej obiektywnie odpowiedzieć.
Pamiętam ten dzień, gdy dostałem SMS'a - "Pokazali zdjęcia nowego DL'a, wejdź na stronę ...". Byłem wtedy w małej miejscowości pod Radziejowem i z trudem łapałem sieć w telefonie. W końcu udało się otworzyć stronę i zobaczyłem te zdjęcia. Pierwsze wrażenie było... kiepskie! Naprawdę kiepskie. Jakiś taki ociężały, toporny, z jedną i niezbyt estetyczną lampą z przodu. Nie spodobał mi się. Dwa lata dojrzewałem do tego aby przyzwyczaić się do tego wyglądu i... co ciekawe, w tej chwili muszę przyznać, że już mi się nawet podoba!
Nadal może nie jest on szczytem piękna, ale jednak, klasyczna forma jest niezła i wszystko znajduje się na swoim miejscu, tam gdzie powinno.
Co ciekawe, na zdjęciach ta maszyna wygląda na dużą, nawet gdy się przy niej stoi, to motocykl sprawia wrażenie jednośladu o sporych gabarytach. Jest to w zasadzie pewien plus, gdyż robi to wrażenie wygodnego krążownika do dalszej turystyki.
W rzeczywistości jednak, gdy na nim usiądziemy, przechodzimy swoistą przemianę. To coś czym absolutnie się zaskoczyłem i w co do tej pory nie do końca mogę uwierzyć. Otóż siadając na nim, mamy wrażenie, że... siedzimy na nieco większym skuterze ale nadal skuterze! Wersje "K" były swoistymi krążownikami, wersje "AL" nieco uszczuplono, jednak nadal miało się wrażenie, iż motocykl ma całkiem spore gabaryty (w sensie pozytywnym - taki wygodny osiołek), tymczasem nowy V-Strom, bardzo wąski z przodu budzi właśnie wrażenie czegoś na miarę większego skutera. Niestety to uczucie jest na minus, przynajmniej w pierwszej chwili dla posiadacza poprzedniej wersji tego modelu.
No dobra, nim ruszymy spójrzmy jednak dookoła, co mamy na parkingu. Pierwsza sprawa to dziób! Dziób który pojawił się w wersji XT AL, jest teraz nieco masywniejszy. Pierwsze wrażenie niekoniecznie dobre, ale drugie już lepsze. Może się podobać albo nie, o gustach się nie dyskutuje. Mi kiedyś wydawał się zbyt toporny, jednak teraz podoba mi się.
Po dziobie nasz wzrok od razu kieruje się na lampę i tu jest gorzej. Po pierwsze pozostaje w sercu spory żal, iż Suzuki zdecydowało się na usunięcie dwóch poziomych lamp, które były jakoby wizytówką V-Stroma. Pozostała więc jedna centralna żarówka do świateł mijania, choć druga istnieje i zapala się przy światłach drogowych. Pomimo wszystko jednak szkoda, bo bardziej liczyłem w nowym modelu na nowoczesny styl dwóch lamp, podobny do Ducati Multistrada czy Kawasaki Versys, a tak mamy jednookiego cyklopa. Pozostaje jeszcze dyskusyjna kwestia co do tego, czy w dzisiejszych czasach nie powinniśmy mieć możliwości zakupu lampy LED'owej. Dla mnie nie ma to większego znaczenia ale dla niektórych może być.
Z lampy, wzrok automatycznie unosi się na szybę. Szyba jest i to w zasadzie tyle. Wygląda dość ładnie i sprawia wrażenie, że podczas jazdy będzie spełniać swoją rolę, jednak niestety, jest to tylko wrażenie. Od prędkości 60+ zaczyna wiać, a przy 100+ chce urwać głowę. Oczywiście dla osób jeżdżących na co dzień nakedami bez szyb, te słowa będą herezją, jednak dla kogoś kto miał lepszą niż żadną ochronę przed wiatrem (czyli dla mnie też), standardowa szyba jest przy zakupie motocykla, natychmiast do wymiany.
Zegary - tu jest przyzwoicie. Co prawda nadal lekko za konkurencją, która w obecnych czasach świeci nam w oczy kolorowymi wyświetlaczami, to jednak pomimo wszystko jest OK. Duży klasyczny analogowy obrotomierz (podoba mi się) i sporo informacji na wyświetlaczu. Niestety część z tych informacji prezentowana jest drobnym druczkiem jak na kalkulatorze ale mniej więcej da się wszystkiego doczytać. Nieco szkoda, że Suzuki zrezygnowało ze srebrnej ramki jaka była w poprzednich modelach DL1000, gdyż bez niej prezentuje się to dość ubogo (obstawiam, że to z premedytacją i dodadzą ją przy liftingu).
Manetki i przyciski bez większych zastrzeżeń, choć jakość plastików i ich spasowanie, pozostawia sporo do życzenia. Z lewej strony mamy wygodny przełącznik obsługujący funkcje komputera, kierunkowskazów i klakson. Przełącznik świateł drogowych jest teraz na górze pod palcem wskazującym i on niestety jest nieco dyskusyjny. Aby włączyć światła drogowe, należy odchylić nieco ów przełącznik, co czasem może się zdarzyć niechcący w grubszych rękawicach.
Podobnie przy prawej manetce, przy światłach awaryjnych mamy lekko toporny suwak, zamiast przycisku. Też moim zdaniem jest to nieco gorsze rozwiązanie ale można z tym żyć.
Kanapa sprawia wrażenie solidnej, jednak jest ona nieco mniej wygodna od tych montowanych w poprzednich modelach. Jak wspomniałem na samym początku, motocykl sprawia wrażenie szczuplejszego, a co za tym idzie kanapa zdecydowanie też. Przesiadka z wcześniejszych modeli AL i K, to przeskok z fotela na krzesło. Nadal wygodne krzesło ale jednak już nie fotel. Dla pasażera jest też nieco mniej miejsca na ów kanapie. Sporym minusem jest fakt, że nowego fabrycznie modelu, nie da się zamówić z opcjonalną kanapą. Do wyboru są bowiem trzy opcje, standard, podwyższana o 2 cm i obniżana o 2 cm. Jednak za każdym razem skazani jesteśmy na standard i dodatkowy zakup drugiej kanapy za ok 900 zł. Szkoda, że tylko w ten sposób.
Tylna lampa jest naprawdę elegancka - powiew świeżości! Podoba mi się. Niestety od razu kontrastują z nią klasyczne kierunkowskazy z poprzedniego modelu. Szkoda, bo aż by się prosiło o smukłe LED'owe kierunki.
Lusterka podobnie jak w poprzednich modelach spore i komfortowe w użytkowaniu. Tutaj duży plus, że zostawiono je bez zmian, bo na drodze sprawdzają się świetnie.
Przy kokpicie jest także fabryczne gniazdo "zapalniczki". Osobiście nigdy nie korzystam z tego rozwiązania ale dla części użytkowników może to być atut.
Od strony wizualnej, warto wspomnieć, że wersje XT są na eleganckich szprychowych kołach (mi się to bardzo podoba) oraz w wersji żółtej i białej z roczników 2019, malowanych pod kolor felgach. Wygląda to naprawdę ładnie. Minusem są zaś fabryczne opony Bridgestone, których nie można zamienić na żadne inne i trzeba na nich jeździć lub od razu zamienić na jakieś inne, pewniej trzymające się drogi.
No i dochodzimy do czegoś niestety bardzo złego, a mianowicie tłumiku! Znów przypomnę wcześniej powiedziane słowa, iż ze względu na szczupłą sylwetkę motocykla, pierwsze wrażenie jest takie, że dosiadamy skutera. Niestety po odpaleniu silnika jesteśmy już w zasadzie pewni, że tak własnie jest. Nigdy w życiu nie przywiązywałem wagi do dźwięku wydawanego przez motocykl (w zasadzie uważając, że to fanaberia) i zawsze używałem jedynie fabrycznych tłumików. Niestety tu jest dramat. Motocykl pracujący na biegu jałowym po prostu "popyrkuje", a na niższych obrotach podczas jazdy, to wrażenie się tylko potęguje. Ten dźwięk jest mi dość znany i długo szukałem go w myślach, aż w końcu sobie przypomniałem. To dźwięk Yamahy YBR 125! Wizualnie też jest słabo, bo otrzymujemy sporych gabarytów, niezbyt elegancką patelnię. Reasumując, tłumik to krok w tył i to spory. Rozumiem, że obowiązują nas rygorystyczne normy spalin i takie tam. Jednak konkurencja zostawia Suzuki w tym momencie daleko z tyłu.
No i na koniec najważniejsze, czyli serce! Tu jest świetnie. Stara, sprawdzona jednostka w nowej odsłonie - absolutnie nie mam uwag. Szalenie elastyczna, mocno ciągnąca od dołu V-ka, pracuje wyśmienicie. Przesiadając się z poprzedniego modelu, mamy wrażenie, że jest tu co najmniej 10 KM więcej. Inżynierowie pracujący nad liftingiem silnika, zdali egzamin z wyróżnieniem!
Słowem podsumowania można powiedzieć, że kupując nowego V-Stroma, otrzymujemy pojazd "ekonomiczny", w którym sporą rolę podczas jego projektowania odegrali księgowi. Niektóre rozwiązania jak tłumik, czy ewentualnie lampa, są niezbyt akceptowalne i w sercu pozostaje wielki żal, że mamy to co mamy. Z drugiej strony, to motocykl za relatywnie niewielkie pieniądze (nowy w cenie używek konkurencji) który co najważniejsze, dowiezie nas na drugi koniec świata, jak stary dobry kumpel, nie niszcząc przy tym naszego domowego budżetu (spalanie w trasie poniżej 4L/100). Dodatkowo motocykl prowadzi się po prostu świetnie i na prostej i w zakrętach, a o to przecież przede wszystkim chodzi. Przyspieszenia w zakresie do 100 km są naprawdę dobre, a silnik sprawia wrażenie mocniejszego niż jest w rzeczywistości - super! Hamulce także pracują pewnie i precyzyjnie. Jazda sama w sobie jest więc dużą przyjemnością.
Jeśli ktoś nie oczekuje od motocykla fajerwerków, tylko chce podróżować po świecie, pewnym, nowym i tanim w eksploatacji i serwisie sprzętem, to jest to świetny wybór. Jeśli jednak szukamy w motocyklu też jakiegoś "pazura", to musimy pomyśleć raczej o konkurencji.
PLUSY:
- zgrabna, klasyczna sylwetka motocykla "adventure"
- dopracowany, bardzo elastyczny silnik
- bardzo dobre prowadzenie na prostej i w zakrętach
- dobre hamulce
- relatywnie tani w zakupie
- tani w utrzymaniu (spalanie i serwis)
MINUSY:
- nieco przestarzałe rozwiązania (brak opcji lamp LED, ciekłokrystaliczny wyświetlacz)
- brzydka lampa (niestety większość osób zwraca na to uwagę)
- kiepska szyba seryjna
- fatalny tłumik
- kiepskie opony seryjne
- mniejszy komfort w porównaniu do poprzedników (mniej komfortowa kanapa)
- kiepska jakość materiałów (tanie plastiki)
- uczucie podróżowania na dużym skuterze
No i wracając na koniec do pytania, czy jazda testowa przekonała mnie do zakupu, odpowiem, że... nie, niestety nie przekonała mnie. Wracam z lekkim smutkiem na twarzy, bo coś ewidentnie temu sprzętowi brakuje. Żal wynika z faktu, że z całą pewnością wiem, iż jest to motocykl który sprawdzi się rewelacyjnie w zwiedzaniu świata - fantastyczny przyjaciel na długie wojaże, choćby na koniec świata. Niestety jednak, ekonomia spowodowała, że został on brutalnie okrojony z uroku motocyklizmu, z tego przysłowiowego "pazura". Pewnym rozwiązaniem jest oczywiście możliwość zakupienia na starcie akcesoryjnego wydechu, nowych opon, akcesoryjnej szyby, obszycia na nowo kanapy oraz pogodzeniem się z faktem, że lampa czy zegary są jakie są. Można też poczekać na lifting ale to pewnie wydarzy się najwcześniej w 2021 roku. Czekanie na kolejny model może zaś potrwać zbyt długo.